Adopcja w Porta Portese

Oto Porta Portese. Wchodzimy przez żelazną furtkę w ogrodzeniu psiarni. Przed nami stoi jednopiętrowy dom dyrekcji, długi i biały, z zielonymi żaluzjami; na prawo i na lewo, niewiele większe niż skrzynie w jakich pszczelarze trzymają ule, ciągną się w wielu szeregach małe klatki, w których zamknięte są psy. Czekamy chwilę w głębokim milczeniu, przytłaczającym, a zarazem pełnym niepewności, do którego lekki zwierzęcy zapach, unoszący się w powietrzu, zdaje się dodawać nastrój niepokoju. Potem zjawia się dozorca, młody atletyczny blondyn z krótko ostrzyżoną głową, ubrany na biało. Ruszamy we trójkę ku klatkom i wówczas wybucha nagle straszliwa wrzawa ujadań najprzeróżniejszych lecz zespolonych, można by rzec, jedyną nutą rozpaczliwej i doskonale świadomej prośby.

          Dzisiejszy nastrój Babe przypomina trochę dzisiejszą pogodę: spokój mrukliwy i trochę niepewny, nabrzmiały humorami, zupełnie podobny do ciemnego kłębowiska chmur, które zawisło nad miastem w sennej, lecz pulsujące atmosferze sirocca. Idzie obok dozorcy, z rękami w kieszeniach kurtki rozpiętej na wydatnej piersi, porusza biodrami w obcisłych spodniach z leniwą i niedźwiedzią powolnością. Na nasz widok psy rzucają się do krat, stają na tylnych łapach, szczekają na różne sposoby i różnymi głosami, jak więźniowie z różnych krajów, którzy polecają się w swoich językach. Babe zatrzymuje się przez chwilę, ogląda je uważnie seledynowymi i ospałymi oczami, potem idzie dalej, zapytując z bezmyślną ciekawością dozorcę:

- Jak długo trzymacie je tutaj po złapaniu ?
- Przepisowo byłoby trzy dni: normalnie trzymamy je do siedmiu.
- A potem ?
- A potem, wiadomo, wysyłamy je do komory gazowej.
- Jle na tydzień ich zabijacie ?
- Dziesięć, piętnaście.
- Ale dlaczego są tu także psy rasowe ?
- Porzucają je właściciele. Albo też psy uciekają.
- Ale dlaczego właściciele je porzucają ?
- Z wielu powodów. Dlatego, że są nimi znudzeni. Albo dlatego, że doszli do wniosku, że pies, powiedzmy, nie przynosi korzyści.
- To znaczy ?
- To znaczy, na przykład, pies myśliwski, który nie ma węchu.
- Czy pan myśli, że psy o tym wiedzą ?
- O czym ?
- O tym, że zostały porzucone i że skończą w komorze gazowej ?
- Pewnie, że o tym wiedzą. Pies jest mądry. Wie wszystko.
- Ale czy taki pies, który już tu był, nie będzie potem przez całe życie nerwowy, smutny, zły ?
- Co do tego niech będzie pani spokojna: pies chce mieć tylko pana. Jak już go ma, zapomina o przeszłości.

I tak dalej, i tak dalej. Ta informacyjna gadanina prowadzona spokojnym, obojętnym i ospałym tonem, podczas gdy wokół nas rozlegaja się zewsząd ogłuszające wycia, drażni mnie; toteż, ponieważ zbliżamy się do końca rzędu klatek, mówię do Babe:
- Widziałaś już wszystkie, decyduj się.

Robi mi znak ręką, jakby chciała powiedzieć , że nie ma się po co spieszyć; potem mówi do dozorcy:
- Wracajmy. Zauważyłam cztery czy pięć, które mogłyby się nadawać.

Więc wracamy. Babe zatrzymuje się przed każdym psem, który ją interesuje, i wyciągnąwszy machinalnie rękę do zwierzęcia, które wspinając się na tylne łapy usiłuje polizać ją przez kraty i błaga merdaniem ogona i skomleniem, wypytuje długo dozorcę o wiek, rasę, usposobienie, przyzwyczajenia, słowem o wszystkie cechy charakterystyczne zwierzęcia. Z taką drobiazgowością i pedanterią, że wzbudza to moje podejrzenie, iż jej miłość do psów nie jest pozbawiona pewnego okrucieństwa; tym bardziej że podczas tych nie kończących się pytań pies jest tam, wyprężony przy kracie, wyje, szaleje i błaga. Mówię do niej:

- Wybieraj prędzej któregokolwiek i kończmy z tym. Nie widzisz, że te biedne zwierzęta cierpią ?
- Trzeba zachować ostrożność, zanim się weźmie psa do domu.
- A więc czy chce pani wziąć tego ?
- Nie, nie podoba mi się. Jest za brzydki z tą cielęcą mordką, z tymi żółtymi i białymi cętkami. Może być kundel, ale nie do tego stopnia.
- Ale najbrzydsze są najbardziej przywiązane.
- A dlaczego ?
- Dlatego, że wiedzą bidule, że są brzydkie, i zdają sobie sprawę, że żyją, powiedzmy, cudem i są za to wdzięczne swemu panu.

Idziemy dalej od jednego kundla, który przypomina trochę liska, do drugiego psa, który z małymi poprawkami mógłby być nawet wyżłem, i do jeszcze innego, którego przy odrobinie dobrej woli można by wziąć za pudla. Babe rozmawia z dozorcą i nie troszczy się o mnie. Wreszcie wskazuje zdecydowanie jedną klatkę:
- Biore tego.

Jest to mały, szary pies, prawie gryfon, ze zmierzwioną sierścią na łbie, spod której przebija biel zębów i błysk oczu. Na gest Babe, która wskazuje go dozorcy, pies uspokaja się natychmiast, przestaje skomleć, zrozumiał, że jest ocalony.

Dozorca aprobuje wybór:
- Wybrała pani dobrze, ten jest prawie czystej rasy, zobaczy pani, jak się przywiąże. Oczywiście, ocaliła go pani. Mieliśmy go jutro posłać do gazu, jest już tutaj sześć dni i nikt się nie zgłosił.

Gadając tak, otwiera klatkę, wyciąga z niej psa i rusza przed nami do biura. Podpisuję tutaj rejestr, płacę pięć tysięcy lirów, Babe bierze psa na ręce i wreszcie wychodzimy. Psy, jakby zrozumiały, że przynajmniej od nas dwojga nie mogą się już niczego spodziewać, podnoszą wszystkie naraz protest z ogłuszającą wrzawą, która całkowicie milknie, skoro tylko krata zamyka się za naszymi plecami.

W samochodzie mówię do Babe:
- Zupełnie jak mały obóz zagłady na wzór hitlerowski. Nie brakowało niczego...

Alberto Moravia - Uwaga (fragment)