Warcząc, długo chodziłem chodem sobaczym,
Nastroszony, mrukliwy i zły,
Aż wyszedłem przed dom, zaszczekałem z rozpaczy,
I odezwały się moje psy.

Najpierw zawył czarny kundel u sąsiada
Boleściwym wyciem niemych słów,
I już słyszę, jak ochryple ujada
Chór ogromny obudzonych psów.

Nie skradają się złodzieje po nocy,
Czemu rwiecie się z łańcuchów i bud ?
To tylko człowiek krzyczy pomocy,
Człowiek zapatrzony w straszny cud.

Na czworakach u progu domu
Gwiazdom płaczę, jak wy, jak wy,
Że powiedzieć, wytłumaczyć nie ma komu,
Jak cierpimy, nocni ludzie i smutne psy

Nie wyjemy ani z chłodu, ani z głodu,
Lecz że księżyc martwą płachtą na nas spadł
I z rozpaczy o tę srebrną głąb ogrodu,
O tę ciszę niepojętą, o ten świat.

Ach, do kogo w tej tęsknocie, do kogo
Przerażone zadarliśmy łby ?
Psy parszywe odpowiedzieć nie mogą,
Ani ja nie mogę, bracia psy !

Więc uśniemy, umęczeni płaczem,
Może we śnie nam będzie lżej,
Gdy ujrzymy biedne sny sobacze,
Szare widmo naszej śmierci psiej.

Tam się płaski, niski raj ukaże,
Obwąchiwać będziemy boży próg,
I jak niegdyś do strapionych i nędzarzy,
Do psów przyjdzie zbawiający Bóg.

Julian Tuwim - Psy